|
Kartki świąteczne 95
***
Bogusiu droga! Jako, że chwila
gdy Bóg na świecie naszym zawita
zbliża się dosyć szybko i śmiało,
to też Ci życzę, aby nie mało
chwil szczęścia było. Aby wciąż lepiej,
bardziej pomyślnie oraz weselej
było w Twym życiu od tego dnia,
kiedy Marysia syna nam da.
I niechaj zdrowie Cię nie opuszcza
troszcz się o ciało, umacniaj ducha,
w okresie święta nie przemęcz brzucha.
Pozdrawia
Grucha - Sylwek - Pietrucha.
Bogusi Strublewskiej
powrót na górę strony
***
Zacna, pełna wdzięku Żono Marcina
(o ja nikczemnik o imieniu nie wiem)
i Ty, dobrodzieju kunsztu grania pełen!
Ponoć tak mówi Dobra Nowina,
że Bóg się rodzi, w noc całkiem cichą
w kiepskich warunkach. Stajenkę lichą
zobaczy pierwszy raz na swe oczy,
z zimna ze słomy pieluchę zmoczy.
Ale te kiepskie początki Jego
na dobre wyjdą. A ja wam tego
w związku z tym życzę: by Wasza miłość
bogatą była w troskę i czułość.
Marcinowi Siatkowskiemu i jego żonie
powrót na górę strony
***
Założyć się mogę, żeś pewnie myślała,
że tegoroczna wigilijna cała
nocka oglądać będzie jedynie
jak potok sików w pieluchach ginie.
A tu tak lekko jednak nie będzie.
W pieluchach jednych sików ubędzie,
a pójdą w słomę zacne sikusie.
Tak bynajmniej dzisiaj wydaje mi się.
Z tej to okazji dosyć niebywałej
radzę Ci czytać co piszę dalej.
Ciągle odnajduj szczęścia swego drogę.
Sorry napisać więcej nie mogę.
Ani Stasieczek
powrót na górę strony
***
W tajemnicy Tobie powiem
co wydarzy się, albowiem
nie ma takich dziwów codzień.
Gromowładny zejdzie z Nieba,
dzieckiem będzie tak jak trzeba,
leżeć będzie w żłobie z drzewa.
Słuchaj więc, bo życzę Tobie
aby miłość w Twej osobie
była taką jak jest w Niebie.
Monice Strzałkowskiej
powrót na górę strony
***
Rozmarynie zwijaj się
bo nadchodzi nam ów dzień,
kiedy Bócek Chrystus Pan
w stajni się narodzi nam.
Niech te życia Jego sprawy
zaczną również w Twym ciekawy
rozdział. Tego życzę Ci
oraz mnóstwa fajnych chwil.
Przemkowi Artemiukowi
powrót na górę strony
***
Gdy śliczniutka Panieneczka
zerkła w skiki dzieciąteczka
rzekła takowo Józkowi:
- No On chyba będzie zdrowy.
Życzę Ci, by Twa Matula
rzeknąć mogła: - No Anula
zdrową w ciele jest i w duszy,
niepomyślne mury kruszy.
Jeszcze życzyć mi się chciało
(bo tamtego było mało)
by serduszko Twe wciąż rwało
owoc dobra i dawało.
Ani Kwiatkowskiej
powrót na górę strony
***
W związku z tym, że będzie dym
no to znaczy gwiazdka będzie.
Wszędzie będzie, w Borkach będzie,
no i ludzi nam przybędzie.
Więc się w serca głos wsłuchując,
Jezusicka wypatrując,
tako pomyślałech sobie,
że wam niespodzianę zrobię.
I skieruję swe życzenia:
by marzenia się spełnienia
doczekały w jak najbliższym
czasie (przez to co raz milszym).
Aby Kiniuś urodziwa,
tak poczciwa i gorliwa
w swych ćwiczeniach na pianinie
była dobrą w tej dziedzinie.
Już nie długo - mam nadzieję -
po rodzinie, co się śmieje
very fajnie - Katarzyna,
niechaj lubi wciąż Zenona.
A o Niutka niech się troszczy
Pakier big Bolesław Pierwszy.
A na wszystko Mama z Tatą
niech zerkają z aprobatą.
I dostatek niechaj gości,
niech nie będzie żadnej złości,
niech nie braknie wam Miłości.
Tego życzyć chce wam
- mości Sylwek.
Paniom i Panom Opęchowskim
powrót na górę strony
Drogiemu Niutkowi
Zamyśleniem wieczór dzisiejszy ogarniam,
z za mgły owoc myśli rwać się staram,
na bok odstawiając kosz zbiorów dzisiejszych,
by mnie nie rozpraszał. Albowiem dla większych
spraw czas swój zaprzęgam w rydwan uniesienia,
co zawężyć może rzekę oddalenia.
Obraz Twój w pamięci swojej przywołuję.
Mistrz serca dokładnie portret namaluje.
Trwam w oczekiwaniu. Czy będziesz podobna?
W marzeniach o szczęściu jak na codzień wolna?
Czy nie zadrży ręka rys twarzy zmieniając?
W nadziei tak czekam pewności nie mając.
Artysta, co myśli realny kształt daje,
zachowując spokój i opanowanie,
psikusa mi zrobił rzeźbę z drewna czyniąc
zamiast farbą na płótnie. Ale skucha! Choć przysiąc
mogę Tobie w tej chwili, żem o obraz go prosił
kiedym chwilę wytchnienia w darze jemu zanosił.
Ale niech tam już będzie, ścigać gnojka nie będę
co nie dotrzymał słowa. Bez obrazu obędę
się dziś wieczorem zimnym. Na Twą postać spojrzawszy
co ją w szczyl w drewnie zrobił, na swe szczęście dość zacnym,
pomyślałem - nie taką byłaś lat temu naście
(a tak k woli ścisłości się wypowiem - piętnaście).
Się zaczęło od tego, że Cię w becie przynieśli.
W całym bloku pod piątką się rozniosły te wieści,
że się w domu Laskowskich babka nowa zjawiła,
mała, z twarzą czerwoną. Mama rzekła - "To mija,
wszystkie dzieci z początku twarze czerwone, zdrowe
mają chyba przez tydzień, potem kolory nowe".
Całe szczęście, że prawdę rzekła poczciwa mama.
W tydzień później już nie byłaś ta sama.
Nie tej samej wielkości były Twoje kupeczki.
To już nie te co kiedyś malusieńkie kropeczki.
To był czas wielce trudny, gdy mi z Zenkiem wypadło
samym być z Tobą w domu (co się czasem zdarzało).
Nie mniej można by pisać o Twych zamiłowaniach
do podanych w butelce z mleka różnistych daniach.
Czy o walce wewnętrznej aby "k" wypowiedzieć,
albo z jakim uporem chciałaś sobie posiedzieć.
Pierwsze dziury w rajstopach gdzieś w okolicy pięty.
Ech, w chodzeniu doprawdy byłaś uczniem zawziętym.
Wszystko to przeplatały moje z Zenkiem niecności
i z durności w straszeniu wyciągane radości.
Boże Święty się pożal za te trociny w głowie.
Mama z Tatą starali się przekonać w rozmowie,
że to nie są pomysły godne miana rycerzy -
- "Zmieńcie to jeśli bardzo wam na dupskach zależy!"
A choć nam zależało, gadki nie skutkowały
przez co potem dość długo dupska nieźle bolały.
A pamiętam też chwile gdy się wszystkim zdawało,
żeś się nam gdzieś zgubiła. Zamieszania nie mało
było wtedy. A teraz dobrze już nie pamiętam
co se myśli młodzieniec gdy się gubią dziewczęta.
Za to teraz tak myślę tym zdarzeniem przejęty,
że ten świat mój Niuteczku nie byłby już tak piękny
gdybyś nie odnalazła nam się wtedy wieczorem.
Słońce było by szare, zewsząd wiałoby chłodem.
I choć bym się nie trudził nad Twą matematyką,
to bym się cieszył z tego bardzo, oj bardzo krótko.
Zdaję też sobie sprawę, że to proste przez chwilę
gest z serducha uczynić, słowo powiedzieć miłe.
Znacznie trudniej na co dzień chcieć bratalem być lepszym,
troszczyć się o cierpliwość, darzyć szacunkiem większym,
zrozumieniem otaczać, w słusznej stawać obronie,
przy sprzątaniu po żółwiu swoje ubrudzić dłonie.
Ale jakem Donkichot, Nukę biorę na świadka,
że już w najbliższym czasie żółwia radość ta spotka,
że mu żarcie zszykuję z zieloniutkiej kapusty,
gruby będzie cielaczek, okrąglutki i tłusty,
a gdy latoś nadejdzie to i piachu przyniosę,
a gdy słońce zaświeci to i na dwór wyniosę.
Jeśli łżę niech mnie biją choćby armatnie kule,
lub niech nie tknę już więcej swej bandżoli w ogóle,
niech ubędzie mi z życia kilka tysięcy godzin
jeśli mówię nieprawdę w Twą rocznicę urodzin.
To Ci rzeknę na koniec wiarę w słowa wzbudziwszy,
że Ci czoło obcmokam hen z Warszawy wróciwszy.
Siostrze Ani na urodziny
Warszawa 11. 12. 1995.
powrót na górę strony
O sztuce dzielenia
Drzewo czasem bywa w kolorze zielonym
z reguły na wiosnę. Jesienią brązowym
płaszczem się przykrywa. A w zimie na biało
farbuje dokładnie swą koronę całą.
Powiedz mi dziewczynko jaki z tego morał?
Prosty niczym dawny gregoriański chorał,
lecz bogaty w treści, mnóstwo w sobie mieści
zalążków na bardzo mądre opowieści.
Ano tak się mają wzniosłości w mej głowie.
Jeśli zechcesz słuchać, zaraz Ci opowiem.
Nie ma drzew niebieskich, różowych czy szarych,
zaledwie niektóre przyjmują kolory.
A zatem się dzielą swym udziałem w tęczy,
więc ich widywanie oczu mych nie męczy.
Mogę się radować odmiennością nieba.
A gdy chcę zieleni patrzę więc na drzewa.
Ta ich hojność serca tego mnie wciąż uczy,
że zachłanność zimno i egoizm tuczy.
Czego nikt nie lubi i nie tęskni za tym.
W wychwalaniu drzewa poprzestanę na tym.
Monice Brzezińskiej w dniu urodzin.
Warszawa 27. 11. 1995.
powrót na górę strony
Buźka Danuśka
Z dziękczynieniem w progi Twoje spieszę
ze ten czas tak niecodzienny i fajowski ze wszech miary.
Za łaskawość zrozumienia
gdym kłopocząc się nie mało brakiem forsy się podzielił.
Za herbatę oraz pizzę, żeś nie mogła zjeść jej całej.
Za rozmowy o muzyce.
I winogron sznur zielony, ślizgi parkiet, napój z jabłek.
Za orzeszki, chrupki słodkie, żem mógł zjeść napoleonkę.
Żeś słuchała się mnie w tańcu,
czujną i wrażliwą była na krok, którym proponował.
Za słów kilka o hazardzie, duże stołki przy bilardzie.
Za nad ranem szybki powrót bez wysiłku nóg zmęczonych.
Za do snu przygotowanie, duże niedzielne śniadanie.
Spacer parkiem, żółte liście,
blask miłości co w rodzinie Twojej świeci dnia każdego.
Za wyprawę by odnaleźć mojej tożsamości dowód.
I za życia ocalenie gdym rozgadał się szalenie
nie zważając co mnie z boku mogło rozjechać w półkroku.
I gdy czas opuścić było Białostockiej ziemi skraj,
zatroszczyłaś się Danuśka o zawartość mego brzuszka.
A gdym w swojej zuchwałości i nie skrywanej śmiałości
skradł buziaka Ci słodkiego, nie zganiłaś mnie niecnego.
A więc niechaj Twe marzenia doczekają się spełnienia
jeśli za dobrem zmierzają i Twe szczęście w sobie kryją.
Danusi Bastek po półmetku.
Warszawa 16. 10. 1995.
powrót na górę strony
Przyśpiewka ludowa
Powiadają ludzie, że ja malowany.
A ja u Matuli dobrze wychowany.
To i Ola, i Mariola dobrze zna.
Gdy niedziela Mama jeść mi da.
To i Ola...
Pomagam mej Nusi zajadać gołąbki,
kotlety, kurczaki, naleśniki w piątki.
To i Ola...
Paprykę i kugiel, zupę, pomidorki,
z jabłek konfitury, kiszone ogórki.
To i Ola...
Dzięki Ci Matulo za dobre serducho,
dwa tysiące razy większe niż me brzucho.
To i Ola, i Mariola dobrze zna
Sylwek bardzo fajną Mamę ma.
To i Ola...
Dla Mamy
Warszawa 27. 09. 1995.
powrót na górę strony
Dobra rada
Słuchaj mały Niutosławie
bo Ci ważne gadam rzeczy.
Bajek od dziś na noc dla mnie
ucz się pilnie jak należy.
Toć to wstyd, bym w kwiecie wieku
miał zasypiać bez powiastki.
Jeśli nie chcesz więc mieć grzechu
ucz się bajek. Popatrz gwiazdki
nigdy bajek nie słuchały,
więc się męczą w środku nocy.
A i potem przez dzień cały
świecą ich zaspane oczy.
Bierz się Gilu do roboty!
Brzechwę, Andersena czytaj!
To nie żartów letnich sploty.
Ucz się bajek, albo zmykaj.
Bo gdy skończy się cierpliwość
i już czekać mi się znudzi,
gniew sromotny się przebudzi.
Przyjdzie prosić Ci o litość.
Lecz już być za późno może.
Za daleko zajdą sprawy.
Z książką w łoże się położę...
efekt będzie nieciekawy.
Sam odczytam losy kaczki,
przykrzacznej, rzecznej dziwaczki.
Lepiej nie dopuść do tego.
Wybierz mniejsze z dwojga złego.
Wierzę, że mądrość odnajdziesz
czytać nocą mi zapragniesz.
I docenisz ten przywilej
by mi szło zasypiać milej.
Siostrze Ani.
Warszawa 26. 09. 1995.
powrót na górę strony
Niech żyje Polska
Tak bym często chciał wiedzieć o czym w Niebie gadają.
Jakie plany na przyszłość? Jak ten świat oceniają?
Co jest dobrze wybierać w kolejności najpierwszej?
Czy nie może być innej drogi do nieba lżejszej?
Mówić prawdę? Czy zawsze? I czy dobro jest względne?
Czy pracować na czarno, gdy pieniądze niezbędne?
Kumplem być wykładowcy, albo ściągę podrzucić?
Puścić dzwońca samopas, czy pokusę odrzucić?
Koniec tego! Spać idę. Pompek zrobię z dwadzieścia.
Się pomodlę za Tomka, który przed chwilą zechciał
Ptysiem mnie poczęstować. Zimnym! Prosto z lodówki.
I poproszę Jezusa na tomorrow wskazówki.
Niech żyje Polska!
W okresie trudnych wyborów.
Warszawa 20. 09. 1995.
powrót na górę strony
Ujazdowskie wojaże
Miarowymi klapnięciami zbędności ptasich
czas mi upływał w parku nad stawem,
snując się z wolna ku nocy co zgasić
miała zbudzone słońce nad ranem.
Wierną towarzyszką podróży jego
była muzyka gitarą wzbudzona.
Dawno co prawda, lecz teraz z mego
wolkmana dobrze dość odtworzona.
Jak zresztą jedna z wielu miejscowych -
- ławka, na której zasiadłem sobie,
jawiła, przechodniom sekrety sercowych
wyznań. Myślałem o Tobie.
Konewko, ręczniku, szafo, żyrafo,
kwiateczku, dzbaneczku, słońca promyczku,
wazo, zarazo, grzmocie, niemłocie,
mój Ty radości serca nocniczku.
Piszę do Ciebie nie w czas, nie w porę,
ze dwa tygodnie za późno chyba,
lecz ciężko przełamać zapomnień zmowę,
która wciąż dobre postanowienia zrywa.
Ale gdy tylko umysłu królewicz
rozbudził pamięci królewnę zaspaną,
następnie do ładu się doprowadzić
pomógł, to wtedy usłużył mi radą.
Idź do Ujazdowskich Borów. Znajdziesz ławkę,
zwykłą obdrapaną, w odcieniu brązowym
popatrz na drzewka i zieloną trawkę,
ciesz się, żeś jest zdrowy i dobrej budowy.
Tak też uczyniłem. Ławkę zobaczyłem,
trochę posiedziałem, na drzewka patrzyłem,
o Twych urodzinach myślałem, myślałem,
chciałem wiersz napisać lecz się rozmyśliłem.
Ewie Mierzejewskiej
Warszawa 12. 09. 1995.
powrót na górę strony
Co tu dużo gadać
Glorii i chwały, czci, uwielbienia
godzien jest latoś czas wybawienia
spod niemocy władczej, despoty ostoi,
zguby w niecności haniebnej zbroi.
Co na rok przeszło okryło żałobą
Jasnogórskich rycerzy, którzy z gołą głową
w szranki deszczu stawali w boju pielgrzymkowym
szlachetnym i godnym by go nazwać zdrowym.
Więc gdy nawał wiatrów mocno nieprzychylnych
wyrwał mi negatyw z dłoni już bezsilnych
nie wiadomo kiedy i jakim sposobem,
nadszedł czas ciemności i powiało chłodem.
Rzeka zapomnień, ponowień pragnień,
niewiara w cuda, wskrzeszanie marzeń,
z twarzą nieskalaną cieniem zaginionych,
w kadrze czasów przeszłych wiecznie utrwalonych.
Oczy jeszcze syte widokiem przyjemnym
chłoną głód od serca długiem już zaległym,
każąc w dyby zaprząc golenie leniwe
w służbę rekonstrukcji dając swoją siłę.
Niestety niestałą, rwącą czas i pęta,
w które całość dla dobra mocno była spięta.
Więc się rozpadł na dwoje łańcuch kolorowy.
O rychłym więc końcu nie było już mowy.
Ale nadszedł wreszcie gość oczekiwany
przez proroka Sylwestra niewiernie głoszony.
Czas w łonie, którego zrodził się na nowo
negatyw co w mocy utrzymuje słowo.
Dane w dzień haniebny, że nie spocznie póki
krwią i potem własnym nie wypełni luki
co honor plugawi, na śmieszność wystawia
i kolejnej szansy na długo pozbawia.
Racz życzliwym wzrokiem spojrzeć raz kolejny
na mą postać w błocie pokory tytłaną.
Wybacz zwłokę ogromną, całe zamieszanie,
oraz zechciej przyjąć małe dziękczynienie.
Żeś cierpliwość miała, wiary dochowała,
raz siedemdziesiąty ósmy wybaczała,
klątwy wstrzymywała, noże odkładała...
Amalahuejkum, amalahuejkum!
Agnieszce Żebrowskiej
Ostrołęka 17. 08. 1995.
powrót na górę strony
Na trudne chwile
Czasem nie łatwo nam na świecie bywa.
Nie wszystko się tak jak trzeba układa.
Zrozumienia szukasz w gwiazdach, albo lesie.
Tak ciężko jest przyjąć to co życie niesie.
Szukasz siebie gdzieś w cieniu
hen daleko od słońca,
pragniesz lec w zapomnieniu,
jak najbliżej być końca.
Ale to nie przynosi ulgi sercu, ponieważ
są rzeczy, przed którymi uciec się nie da.
Trzeba pomóc losowi dźwigać te trudne chwile,
aby lżej było wszystkim, bardziej ciepło i mile.
Życzyć pragnie Ci Tego
latoś w domu zebrana
dość nie mała gromada
w dzionek święta Twojego.
Siostrze Ani
Ostrołęka 1995
powrót na górę strony
Babki na lato
Co ja tu jeszcze robię o tej porze
gdy słońce lipcowe praży po południu?
Ryję angielski i gram na gitarze.
Opalał zapewne będę się w grudniu.
Babki na ulicach krew spokojną burzą,
błogiego spokoju zaznawać nie dają.
Ciała swego wdzięku eksplodując burzą
oddech zapierają, dreszcze wywołują.
I myśli kosmatych stają się powodem.
Pilnować się zatem trzeba. Gasić chłodem
wzniecony pragnieniami naturalny płomień
by w czas niewłaściwy nie był z tego ogień.
Nie łatwa to sztuka być strażakiem dobrym.
Zwłaszcza, że przyjemnie grzać się przy ognisku.
I do tego stopnia zdaje się być głodnym,
że już wszystko jedno czy będzie po pysku.
O jakież to szczęście, kiedy superwomen
jednym dłoni gestem nad tą sytuacją
panowanie uzyska i pożar za moment
ugasi z typową dla siebie gracją.
Sprawa się poważnie skomplikować może,
kiedy niecna zacznie do pieca dokładać.
Wtedy są dwie drogi: ratuj się kto może,
albo zacząć mądrze z babką negocjować.
A może uwierzy, żem ja chciał doprawdy
tylko tak przez chwilę jej ciała powabność
kontemplować w myślach, różowych nie czarnych
i żem nie śmiał nawet ciała swego marność
niczym bubel wciskać istocie uroczej.
Lecz z szacunkiem wielkim, bezinteresownie
podziw oraz zachwyt nią wyrazić raczej.
Potem spuścić oczy i odejść spokojnie.
Ciekaw jestem wielce ogólnie ujętej
reakcji siks wielu na taki stan rzeczy.
Sytuacji bądź co bądź prosto z życia wziętej,
która ogólnemu zakończeniu przeczy.
Że się stali od tej, doprawdy uroczej
chwili niczym Romuś z Julią, lubą swoją.
Lecz tylko na chwilę, bowiem gdzieś za roczek
na ślubnym kobiercu z konieczności stają.
Bogu ducha winien - Bozo - ich potomek,
że na świat zawitać przyszło mu znienacka
i że Romuś z Julią teraz wspólny domek
szykować mu muszą i kupować cacka.
Nie traćmy nadziei i pogody ducha
wszystko jeszcze może pięknie się ułożyć
(czego zresztą życzę). Lecz nie łatwa sztuka
w takiej sytuacji dość wysoko mierzyć.
Załóżmy, że Romuś plany miał nie małe,
ze swoją osobą ściśle powiązane,
że muzykiem będzie, ściślej gitarzystą
niczym jego dziadek wybitnym artystą.
Co wymaga wiele czasu poświęcenia.
Walki ze znudzeniem, chwilą zniechęcenia,
rezygnacji z innych przyjemności wielu,
konkretnego planu osiągnięcia celu.
A tu przez swą słabość i brak panowania
nad narwanym dzwońcem, żądnym krwi dziewiczej
nie mało zamętu sprawia, zamieszania
wnosi. (Zapowiadało się lepiej).
Patrząc na tę całą historyjkę z boku,
szału namiętności, efektu w bok skoku
myśl taka wypełnia pustkę w mojej głowie,
że ten czas nauki wyjdzie mi na zdrowie.
Winienem to szczęściem nazywać albowiem
nie każdemu dane mieć gitarę codzień
w dodatku nie swoją, na której grać może
w ciepłe dni lipcowe o dowolnej porze.
A Babki niech budzą w duszy mojej wiosnę
bym mógł zrywać kwiaty w ten czas gdy dorosnę
i będę gotowy przyjąć w progi swoje
dziewkę, która codzień inspirację daje.
A póki co grzmocił będę w Marcinową
gitarę co w maju była pożyczoną
dla mnie niegodnego, choć z nadzieją wielką,
że by godność zyskać trudność zniesie wszelką.
Choćby po czterokroć godzinę wydłużać
na czas zdobywania kunsztu w graniu przyszło.
Się mam zamiar wielki dnia każdego starać
by ku rozkwitowi muzyki to wyszło.
W zamian za niemały dar serca Twojego,
jeśli zechcesz wydać pozwolenie na to,
będę wszem rozgłaszał po kres życia mego,
iż Marcina żona piękną jest kobietą.
Marcinowi Siatkowskiemu
Warszawa 7. 07. 1995.
powrót na górę strony
Zaśpiew
Baca, Sikso!
Grażynie Bacławskiej
Warszawa 3. 05. 1995.
powrót na górę strony
Wielkie dzieje małej Oli
- 9 miesięcy
Mama z Tatą tak z lubości
nie chcąc już pogrywać w kości
przy tym na nic czas roztrwaniać
się zaczęli zastanawiać,
co tu zrobić dla ludzkości
by podźwignąć ją z małości,
oraz jakim to sposobem
step uczynić żyznym lądem.
Dwóch umysłów pracy efekt
daję słowo to nie defekt,
bo poczęli siksę małą
Olą Połatajko zwaną.
Narodziny
Cicho wszędzie, głucho wszędzie,
kilka skurczów i westchnięcie,
oddech, koncentracji chwila,
no i znowu się wysila.
Z całej siły prze do przodu
aby skrócić czas porodu.
Zęby w wargi mocno wbija.
Jeszcze chwila! jeszcze chwila!
Lecz niestety z sił opadła.
Już nie mogę! - słychać z gardła.
Jeszcze trochę. No wytrzymaj!
Będzie dobrze. Możesz. Ufaj.
więc podnosi ciało słabe
by urodzić w końcu Babę.
Dłońmi swymi poręcz chwyta.
I ruszyła już z kopyta.
Pełna życia i energii!
Ponad ciałem, które cierpi
duch unosi, moce zbiera,
no i w końcu ją wypiera.
A tu nagle wrzask i wycie,
łez strumienie, złości kwiecie.
No bo zimno Olce w pupę
i zabrali jej "chałupę".
Takie oto wydarzenia
były w chwili narodzenia.
Odtąd częściej słychać było
jak u Połatajków wyło.
1 rok
Miśki, lalki i konewka,
palce Taty, kredki, drzewka,
długopisy i ołówki
i do włosów Mamy wsuwki,
książki, grabi, gumki, wieszak,
kabel, mydło, guzik, trzepak,
dywan, taboret i krzesła,
śliniak, śpiochy, żołnierz z drewna...
Wszystko w koło pogryzione,
okoliczności znajome.
A wszystkiemu winne zęby
co wyrastać chcą już z ... buzi.
2 lata
Znów wyrżnęła się Olucha
bo zsunęła się pielucha
i chodzenie utrudniła
o czym mała dawno śniła.
Że się często sny spełniają
i rodzice szansę dają
to też się podnosi Ola.
Idzie. Lecz nie do przedszkola.
Za to po swą ulubioną
lalkę Zosię wymarzoną.
Lecz pielucha znowu sprawia,
że się na podłodze zjawia.
3 lata
Ja bym chciała na nocniku
robić kopę oraz siku.
4 lata
Poszła w końcu do przedszkola.
Już bez pieluch! To ci Ola!
Lecz nie wzięła parasola.
Oj ta Ola, oj ta Ola.
5 lat
Na górze róże, na dole fiołki...
Grzesio i Dyzio to dwa matołki.
Lecz polubiła ich Ola mała
i swe kanapki im oddawała.
Za to chłopaki w rycerskiej walce
tłukli swe twarze w bloku, na klatce
mając nadzieję, że ten co zwycięży
spodoba się Oli (jako bardziej mężny).
Tak obstukali oblicza swoje
Różnorodną bronią prowadząc boje.
A Ola biedaków wciąż dokarmiała,
bo waść ta okrutnie ich ciała zżerała.
6 lat
Cześć niechaj będzie i wszelaka chwała
Tej, która pierwsza w gumę grywała!
7 lat
- Zeszyt, długopis, ołówek, kredki,
gumka, kątomierz, tornister lekki.
No chyba wszystko. Już idę Mamo!
A może by tak... Odwieziesz mnie Tato?
- Jasne! - tak odrzekł poczciwy Tata,
po czym zaprosił córkę do fiata,
by po raz pierwszy, lecz nie ostatni,
szybko do szkoły odwieźć, gdy zaśpi.
8 lat
Ta, z którą siedzę przy ławce jednej
nie ma tak dobrej koleżanki żadnej,
która by mogła memu oddaniu
dorównać. I jej przy mnie czuwaniu.
To szczęście wielkie, że Bóg, nasz Pan
z niej dla mnie taki uczynił dar.
Chwała niech będzie jemu na wieki!
On chyba nie jest taki daleki?
Tak od religii pani mówiła
i że to prawda słowo nam dała.
Może to prawda, a może nie.
Do komunii pójdę, okaże się.
9 lat
Smutek i trwoga, brak sensu życia
to będzie skutkiem pani odejścia.
Już marsz żałobny mi w uszach buczy,
bo rok ostatni nas pani uczy.
10 lat
W czwartej klasie na wagary.
Potem łomot, dupsko piecze,
dwa tygodnie zmywasz gary,
a klasówka nie uciecze.
11 lat
- Zrobimy dyskotekę? - wychowawcę pytam.
Ten w dziennik zerka. Mizerne szanse.
Jednak z nadzieją cierpliwie dość czekam.
Co powie? Ten rzecze spokojnie - Jasne!
12 lat
Kiedy byłam jeszcze mała
szóstoklasistką być chciałam.
I gdy w piątej klasie zdałam
zerkłam w lustro. Ciągle mała!
13 lat
Powiadają ludzie mądrzy:
- Ucz się wcześnie, wtedy zdążysz.
Czyżby była to namowa,
aby w wiedzę rosła głowa?
14 lat
- Co za męczarnie w tej ósmej klasie!
Czasu już nie mam w ogóle dla się!
Zakuwam ciągle, bez chwil wytchnienia!
Czasem mam dosyć! Ale marzenia
i wiara w to, że się dostanie,
Liceum mężnie przekroczy bramę,
mocą napełni z sił opadającą,
by mogła dalej uczyć się nocą.
- Zdam, nie zdam, zdam, nie zdam,
zdam...
15 lat
Prawdziwy cud nie często można
zobaczyć. Co tam dopiero zaznać
cudu. Na własnej skórze doświadczyć.
Móc swymi oczyma na to patrzeć.
A takowe szczęście dane Oli było,
gdy się w egzaminach jej poszczęściło.
Marzenia realne nagle się stały
i świat - tak szeroki - otworzył się cały.
Bo Liceum szkoła nie byle jaka!
Kończył je Henio - twórca "Tik Taka",
oraz Janosik i Mieszko Pierwszy,
Adam Mickiewicz, ten twórca wierszy.
I wielu innych zacnych tego świata
jak Ambroży Sobek, czy Adolf Sałata,
w liceum głowę wiedzą napełniali.
Na studia wszyscy jak jeden zdali.
W tym właśnie miejscu sobie pozwolę,
nawiązać do pierwszej, co sławi Olę
części poematu, który tu piszę,
dosyć pokracznie. No ale wierszem!
Jak już pisałem, w swej zuchwałości
- podczas pamiętnej nocy miłości
zamysł rodziców był pomóc ludzkości
i wyrwać ją ze świata małości.
Więc cud czerwcowy z przed laty paru
był początkiem, odkrywania daru
jakim się Ola dla świata stała.
Właśnie ta Ola, ta Ola mała.
16 lat
Czasem bywają i takie chwile
gdy dobre czasy wspominać jest mile,
a aktualne cierpliwie znosić
i Boga o zmianę wydarzeń prosić.
17 lat
- Z kim ja to zrobię? Ten pierwszy raz!
Tak aby przy tym zachować twarz.
By było dobrze, fajnie i miło.
Aby się potem po nocach śniło.
Henryk za brzydki, Andrzej brodaty,
Tomek za bardzo się słucha Taty.
Wojtek? No może. Sylwek? No, no!
A może Zbyszek? Noooooo!!!
I tak oto niecny Zbychu kudłaty
przywdziawszy wyjściowe, dostojne szaty
bawił na półmetku klasowym Oli
się całą Bożą nockę do woli.
18 lat
I tak już doszliśmy do miejsca tego,
gdzie podsumowanie zrobić wszystkiego
jest czas najwyższy. A więc uwaga!
Teraz Ci będę życzenia składał.
Dzień niechaj będzie ku chwale Pana,
porządny obiad, potem banana.
Serce - obszerne, otwarte, ciepłe,
gesty - serdeczne, dobre i zwykłe,
których nam wszystkim na codzień trzeba
niczym płomieniom gasnącym drzewa.
I bądź cierpliwa dla niecierpliwych,
zawsze życzliwa dla nieżyczliwych.
Lecz nie naiwna! Wciąż szanuj siebie,
a także wszystkich tych, którzy Ciebie
w głupocie swojej szanować nie mogą.
I zmierzaj odważnie wyznaczoną drogą,
do celu miłości, szczęścia i pokoju,
gdzie nikt nie cierpi, nie znosi znoju.
Gdzie każdy ma to wszystko co trzeba
i co dzień spożywa Niebiańskiego Chleba.
Tego Ci życzę. Sylw z zacnego rodu,
szlachetność miłujący, który serca głodu
zaspokoić pragnąwszy, wyrażając siebie
poemat napisał specjalnie dla Ciebie.
Na 18-ste urodziny Oli Połatajko
kwiecień 1995.
powrót na górę strony
Przysłowie
"Bez baby na świecie, to nie robota!"
Powie to każdy właściciel knota.
Warszawa 5. 04. 1995.
powrót na górę strony
Zenek Bębenek
Dwadzieścia cztery razy Ci przyszło
wiosnę powitać na świecie Bożym.
Więc wiersz Ci piszę & ślę życzenia,
byś czwarte tyle na spoko dożył.
W lubości, lovości i zrozumieniu,
pokoju, tężyźnie ducha i ciała,
zdrowiu umysłu bystrości oka,
by siła woli wciąż była nie mała.
Tego Ci życzy brat z krwi i kości
(w marzeniach czasem także i z ducha)
gębusią swą ślini Twój pysk niegolony
byś gładszym miał go dla przyszłej żony.
Na 24-te urodziny Zenka
Warszawa 16. 03. 1995.
powrót na górę strony
Kinia
Łups - z kanapki spadło coś ukradkiem.
Łups - gra nieproszenie dźwięk wydała.
Łups - Donkichot z wiatrakami walczy.
Łups - na "Specjaliście" w kinie była.
Łups - zlew co był brudny zmyła,
Łups - pierwszego dnia tuż po przyjeździe.
Łups - i "Forest Gumpa" zobaczyła.
Łups - a zaraz zaśnie. Cii...
Kindze Opęchowskiej
Warszawa 5. 01. 1995.
powrót na górę strony
|