|
Migałkom
Takie to nasze - człeka wędrowanie.
Zaproszeni do pełni wszechogarniającej jedności,
ponad granicą samomyślenia,
samoprzeżycia i samoczynienia.
Nic bez siebie, nic wbrew sobie,
wszystko ku większej chwale Tego,
Który Jest i jest Komunią.
Jedność jako cel i inspiracja,
jako sakrament tej Miłości,
która nie przestała być wierna.
Z niepierwszym dobrym słowem
i z nieostatnią modlitwą,
Wam - my.
Edycie i Mariuszowi Migałka
z okazji zaślubin, 26.12.2005.
powrót na górę strony
A niech to...
Taki przylazł Nieborak,
się schował do środka
i jedzenia sprawami rozrządza.
Głupie to jeszcze takie,
za grosz z życia nic nie pojmuje,
a na decyzje mądrzejszych
skutecznie już wpłynąć potrafi.
Od komara by dostał,
a spróbuj tylko się z nim nie liczyć...
szczęścia nie zaznasz.
I jak tu nie wierzyć,
że do Takich należy Królestwo Niebieskie?
Mojej 41-miesięcznej Dziewczynie
Mamie Boza
Warszawa 28. 11. 2005.
powrót na górę strony
Artysta
Gdy tak kuję kolejną skałę,
raniąc sobie dłonie,
gdy potem patrzę jak wiatr
w pył ją przemienia,
jak nic, albo prawie nic z niej nie pozostaje,
i gdy szum oklasków ustępuje miejsca
zasadniczemu pytaniu ciszy: "Po co?"
to rozumiem coraz lepiej,
że nieśmiertelność duszy
jest najwłaściwszą odpowiedzią.
Mojej Magdzie
Mojej 40-miesięcznej Dziewczynie
15-miesięcznej Żonie
Mojej Największej Fance i Muzie
z miłością...
Warszawa, 7. 11. 2005.
powrót na górę strony
Wojtusiowa Córa
Może powiem "bomba!"
może powiem "spoko!"
sedno sednem będzie
- Wojtuś to ma oko!
Córce Wojtusia, w dniu urodzin
Warszawa, 10. 10. 2005.
powrót na górę strony
Nadzieja
Na dzień dobry - jasna nadzieja.
Na sen podły - cicha nadzieja.
Na wschód słońca, deszcze, kałuże,
Parne noce, wichry i burze,
Na błyskawic grzmoty - nadzieja.
Na zmarznięte stopy i serce,
Na sparzone nosy i ręce,
Na niepokój ducha - nadzieja.
Na skreślone plany - nadzieja.
Na czas odebrany - nadzieja.
Na trud w marnej sprawie podjęty,
Na cud ludzkim sercem nietknięty,
Na zgubione drogi - nadzieja.
Na pomocne dłonie schowane,
Na talenty w piach zakopane,
Na kompleksów więzy - nadzieja.
Na milczenie nieba - nadzieja.
Na bluźnierstwa ziemi - nadzieja.
Na źrenice bólem otwarte,
Tafle sumień grzechem rozdarte,
Na goryczy ciężar - nadzieja.
Na spalone mosty, relacje,
Na sprzedane dusze i racje,
Na rozpaczy trwogę - nadzieja.
Na dzień dobry - jasna nadzieja.
Na dobranoc - cicha nadzieja.
Na niezmienny rytm przemijania,
Na tęsknotę oczekiwania,
Na zgaszone światła - nadzieja.
Na rozstania, na pożegnanie,
Na ostatni świt, na konanie,
Na zrodzone życie - nadzieja.
Magdzie
Mojej 39-miesięcznej dziewczynie
Warszawa 26. 09. 2005.
powrót na górę strony
Taki
Taki spóźniony,
na wietrze z przymniętymi oczy,
w uścisku, co puls krwi przez serce tłoczony
pozwala uchwycić, jak chwilę tak ważną
- całus dla Mojej Żony.
Mojej Kochanej Żonie
Warszawa, 19. 09. 2005.
powrót na górę strony
Przemija z nadejściem
Czas daje i odbiera.
Rozwój życia wiedzie przez śmierć.
Znamy tę przypowieść o ziarnie...
Więc trzeba nam biec
bez zatrzymywania się na strażnikach,
co zapytani, informacji o Oblubieńcu
skłonni są udzielić,
bez wpatrywania się w Anioły,
zwiastujące zmartwychwstanie,
bez nostalgicznych wspomnień o śladach,
któreśmy kiedyś gdzieś zostawili,
a które już są gdzieś daleko,
nieosiągalne.
To miłość,
miłość do życia każe tak biec.
Mojej Magdzie.
Warszawa, 16. 09. 2005.
powrót na górę strony
Szczęście Mojej Żony
Że taki leń ze mnie o poranku,
że puzdereczko nie cacy
- to nic?
Że lewostronne skręcenia,
i że tak rzadko prasuję
- to nic?
Że dziury mam w ulubionych,
a włosy łatwo policzyć,
że głośnik wciąż rozebrany
- to nic?
I że koronki przeoczam,
że se nie możesz pogadać,
i że się muszę jak kłoda na wieczór uwalić
- to nic?
To nic, że tak lubię z chłopakami przed sklepem,
że na randki Cię co dzień do Kościoła zabieram,
że już kwiatki nie rosną, a Szuja to nic
i że garki tak lubię oglądać?
To nic?
Takie tam szczęścia ma ta Moja Żona Najlepsza.
Moje Magdzie
w rok i miesiąc po ślubie
Warszawa, 7. 09. 2005.
powrót na górę strony
Święty Dawca Życia
Prostuję swe ścieżki.
Biję się w pierś zasmucony,
Że miłość uchyla się od dźwigania ciężaru prawdy.
Choć chcę pójść za Tobą.
Łaska.
Wybrzmiewa wdzięczność w potrójnym "Ojcze"
I przywracasz mi jasność spojrzenia i myśli.
Ponownie zaczynam nowe życie
I rodzę się z Ducha i Prawdy.
Więcej nie pamiętam.
I żałuję.
I proszę o rozgrzeszenie.
I przebaczasz.
I rodzę się do życia,
Bym sam dawał życie,
I by inne już usta wyśpiewały "Ojcze".
Magdzie, Mojej Żonie
i 38-miesięcznej już Dziewczynie
Warszawa, 06. 09. 2005.
powrót na górę strony
Powitanie
Witaj, kropelko mała, łzami radości zroszona,
Błyszcząca w blasku wzruszenia
Jak granit w kolumnach świątyni!
Pochyla się głębia spojrzenia
I szumi w targanym uchu
Melodia piosenki żołnierzy ze wzgórza.
Jasne echo życia.
Witaj, słońca i deszczu córo, barw wiosennych koszyku,
Pachnący czerwienią i wiatrem
Jak w parku róż aleja!
Świętych kadzideł woń miła,
Pulsuje oddechem ikony
I szuka dłoń w świętym skupieniu odbicia.
Witasz mnie, odpoznana.
U wejścia, i w progach, i w sobie.
I ja w swoich dłoniach i myślach Cię witam.
Czubeczkowi
Mojej 37-miesięcznej Dziewczynie
Warszawa, 26. 07. 2005.
powrót na górę strony
Niekłopoty
Niech kapią cierpliwie krople, co skałę kruszą.
Słudzy nieużyteczni jesteśmy.
Po cóż więc nam się trwożyć?
Kształt właściwy będzie,
nie dziś to jutro,
nie jutro to kiedyś.
A dziś trzeba nam się uczyć cierpliwości od wody.
Pomóc dużemu być większym,
pomóc małemu nie zniknąć,
uczynić serce wolnym od siebie i od wszystkich.
Jeśli młotek i hebel potrzebny,
to nie będę zmieniał kształtu rzeczy.
Zmienię swoje im posługiwanie.
Mojej Magdzie
Warszawa, 14. 07. 2005.
powrót na górę strony
Głodni napomnień
Pokaż mi - jasne słońce, jak kreślić światłem granice!
Naucz mnie pytać o drogę,
Bez lęku stawać przed ludźmi jako z natury błądzący.
Naucz, jak słuchać, co mówią,
Milczeć, gdy nie mam słów dobrych
I jak serdeczną wdzięcznością odpłacać słowom napomnień.
Ku zdrojom pierwotnej prawdy nakieruj zwężone źrenice.
Z "jestem" wydobądź naturę,
Niech zgubi, co sednem nie jest, ku sobie pełnym idący.
Odbuduj proporcje sił duszy,
Pragnieniom nadaj kierunek,
Co skałą jest - to umocnij, co przygodnością jeno - odmień.
Rozkołysz na ciepłym wietrze mej żony zwiewną spódnicę.
Dojrzewa obraz komunii,
Twe podobieństwo odkrywa duch zjednoczeniem płonący.
Samotność rodzi świadomość,
Kosztuje nagość smak daru
I wieczność w "teraz" znajduje sens wspomnień.
Magdzie
Mojej 36-miesięcznej Dziewczynie
Warszawa, 26. 06. 2005.
powrót na górę strony
Świeć nam słońce jasne
Świeć nam słońce jasne,
stróżu dnia zielonego.
Bądź nam światłem na oświecenie,
na chwałę twego ludu.
Prawda w promienie twoje
palce swe młode wplata,
by począć ducha komunii
i zrodzić wolność od złego.
Teraz jest życie właściwe.
Tutaj jest droga zbawienia.
Niechaj nas żar twój rozpala.
Niechaj nas blask twój przemienia.
Mojej Magdzie
Warszawa, 14. 06. 2005.
powrót na górę strony
Ja to mam taką głupią żonę
Ja to mam taką głupią żonę.
Z byle czego się cieszy, za wszystko dziękuje,
Śpiewa mi o mięciuszku i gdziebądź całuje,
Wzrusza się zawsze wtedy, gdy już trzeba zasypiać.
Potem wtula się tam właśnie, skąd jest lepiej zmykać.
Rano zawsze śpię dłużej, nie wiem skąd bułki bierze,
Lubi me ulubione i wieczorne pacierze,
Klucze nosi na wierzchu, do czytania jest rada
I o najlepszym mężu ciągle gada i gada.
Stoi zawsze na palcach, ważnych dat dopilnuje,
Jakie w głowie mej myśli i co czuję - czuje,
Flankę lewą obstawi, czule do stołu prosi,
Niedwuznaczne zaczepki na jej godność znosi.
I tak myślę ja sobie z tej głupoty rad:
Taka żona - bez ściemy - to skarb!
Mojej 10-miesięcznej Żonie
i 35-miesięcznej Dziewczynie
Warszawa, 7. 06. 2005.
powrót na górę strony
Ogród
Rozjaśnia się.
Rozjaśnia się w głowie i na dworze.
Świeci jak w czerwcu po raz dwudziesty drugi.
Z każdym dniem jaśniej i jaśniej,
choć słychać to dopiero po fazie księżyca.
Dziwne to słońce,
któremu czas dodaje jasności.
Nie wypala się,
nie niknie,
nie kurczy w żarze własnej mocy.
Czy widział kto kiedy kwitnące słońce,
wiecznie kwitnące,
jak ogród pochwycony barwnym pędzlem mistrza?
Zmysły nie uchwycą woni, która się nie nuży.
Zmienność ich pokarmem i przyjdzie im umrzeć.
Jakże więc mogą uchwycić promienie?
Dziwne to słońce, które się nie nuży
niezmiennym poranka wczesnego budzeniem.
...
Zaśpiewam Ci piosenkę
- w H-dur, na trzy czwarte,
z tekstem o wolności,
z synkopą na dwa.
"Raz i i dwa trzy i,
raz i i dwa trzy..."
i cmoknę Cię szybko w przedtakcie do Cody:
"Nie ugaszą jej rzeki,
nie zdławią jej wiatry,
choćby chwiały się Tatry
- nie zatopią wody."
Z najświeższych promieni uplotę wiązankę
i puszczę jak marzannę ze strumieniem wiatru
na wieczną chwałę słońca,
na świętą ucztę ogrodów
- Gloria in excelsis!
Ten zapach znużenia nie znajdzie powodów.
...
Dobra nowina o zaćmieniu słońca:
W ogrodzie promiennym wiosna nie ma końca.
Mojej 34-miesięcznej Dziewczynie
Warszawa 26. 04. 2005.
powrót na górę strony
Szukałem Was
Z sinych palców i bezruchu
tryska płomień gorejący.
- Szukałem Was.
Niczym jednej, zagubionej,
niczym ojciec syna
szukałem Was.
Z piedestałów na bezdroża,
z blasku śmierci, w mroki życia...
stanął Pan nad brzegiem.
Szukał ludzi.
- Pozwólcie takim przychodzić do mnie!
Do nich należy...
Do nich należę.
Jeśli się nie staniecie...
Spojrzał Pan na Syna,
wyrzekł święte imię.
Przyszli.
- Teraz Wy... dziękuję.
Uniosła cisza niepojęte "Amen".
Warszawa, 5. 04. 2005.
powrót na górę strony
Odszedł Pasterz od nas
Wiesz, że za Tobą pójdę.
Jak szczeniak za swą matką
pałętał się będę po ścieżkach,
które wydeptały Twoje stopy.
Nie trzy razy się zaprę.
Ale to nic. To nic.
Ty wiesz, że Cię kocham.
Jak za głosem ojca
piszczał będę cicho z tęsknoty,
i merdał nieskoordynowanie ogonem
na myśl, że niedługo Cię spotkam.
Wtedy podziękuję,
jak ziarno obumarłe ziemi,
żeś mnie swym przykładem
na człowieka wychował.
Ojcu Świętemu
Warszawa, 4. 04. 2005.
powrót na górę strony
Modlitwa poranna
Za nocha jak syfon,
za opadające powieki,
za pracę i szukanie sensu,
za amoll i funkcję Lagrange'a,
za błędy w dziełach skończonych,
za Passio Domini Nostri Jesu Christi,
za śniadanie i przemianę materii,
za zaczepnych chłopaków,
za niepoznane dziewczęta,
za serdeczność Żony,
za dwa pięćdziesiąt,
za mróz, za słońce,
za brak wiewiórek,
za modlitwę dojrzewającą,
za halsowanie w wędrówce,
za odruchy wstydliwe i za wstydu godne,
za niepowód radości,
za prawa entropii,
za świat polityki,
za koszty krańcowe,
za kochających inaczej,
za niekochających tak samo,
za kaszel staruszki,
za ogolone głowy...
I żem pojął, iż wdzięczność
jest przedsionkiem świętości
- dziękuję Ci Panie Jezu Chryste.
Warszawa 23. 03. 2005.
powrót na górę strony
Rozstanie
Zostałaś.
Taka moja.
Taka słodka.
Taka głupia najmądrzej,
najwdzięczniej i prosto.
Świętym znakiem
pożegnałaś haftowane szyby,
aby wrócić beze mnie
tam, gdzie Ciebie poznaję.
Kapcie moje,
co w buty co dzień Twe się wtulają,
biały ręcznik,
co zapach źródeł życia unosi
- jakimż pięknem okryte
w blasku Twego spojrzenia!
I modlitwa odległe
w bliskie myśli przemienia,
iż się zdaje, że księżyc
noc o świt już prosi.
Mojej 32-miesiecznej Dziewczynie
autobus Mrągowo - Warszawa, 28. 02. 2005.
powrót na górę strony
Wysłannicy nieba
Anioł
Utulił serdecznie,
ochraniając skrzydłem
przed żarem słonecznego południa.
Nazbyt mocno świeciło
jak na ową porę.
Trawa jeszcze tak wątła,
kwiaty dopiero wschodziły.
Nie czas, by im słońce o sobie mówiło.
Drugim skrzydłem przed deszczem chronił.
Kryształowe krople, co mogą dać życie,
nie w czas druzgoczą doszczętnie.
Więc chronił
przed światłem i życiem.
Rzeźbiarz
Wpatrywał się długo, z uwagą,
twórczy, kochający, celny.
Mierzył jak jastrząb,
co jednym uderzeniem
ze śmierci życie dla swych młodych dobywa.
Wreszcie skupiony z dłutem ostrym w dłoni
słowem pytającym
w twardą skałę wymierzył:
- Czy mogę uczynić Cię piękną?
Ziemia
Ukochała ziemia mocnego jak trwanie
stuletniego dębu nieproste korzenie.
Korzeń rozkochany był w dumnych konarach.
Konary z miłości rodziły żołędzie.
Z żołędzi tryskała radość niewymowna.
Raz po raz zlatywały
wprost na suknię ziemi,
by figlarnie i czule
jej twarz ucałować,
za miłość oddaną do nieprostych korzeni.
Autobus Warszawa-Ostrołęka
26. 02. 2005.
powrót na górę strony
Jasna cisza
Jasna cisza dławi głos.
Ptaków śpiew zamiera.
Blado-purpurowy los.
Ciału cześć odbiera.
Suchych spojrzeń ostry kształt
Znów otwiera skronie.
Tulą gwoździe niczym świat
Drżące, Boskie dłonie.
Drzewo Życia zmienia w proch
Ludzkich serc pustynia.
Przeszytego serca szloch
Stopy z krwi obmywa.
Jak niechciany octu łyk
Duszę karmi bólem
Z łotra ust piekielny krzyk:
"Wybaw, jeśliś Królem!"
Milczy niebo. Tuli Krzyż
wiernych serc czuwanie.
Odkupienie niesie wzwyż
Świętych ust konanie.
Mrok ogarnia trwożną myśl.
Spełnia się godzina.
Miłość śmierć poślubia, gdy
Bóg opuścił Syna.
Tekst do chorału - "Petrus, der nich denkt zurück"
z Pasji według św. Jana - J. S. Bacha
Warszawa, 24. 02. 2005.
powrót na górę strony
Ojcze Sprawiedliwy Mój
Ojcze Sprawiedliwy Mój, otocz Syna chwałą!
Aby świat rozdarty mógł Twoje ujrzeć światło.
Objawiłem Imię Twe tym, których mi dałeś.
Teraz w świat posyłam ich tak, jak mnie posłałeś.
Ojcze Święty, proszę byś ustrzegł ich od złego.
Aby oni, tak jak My stanowili jedno.
Aby radość mogli mieć w sobie w całej pełni.
Aby ze mną byli, gdy wszystko się wypełni.
Ojcze, Słowo Twoje jest prawdą życia wieczną.
Przyjmij tych, co dzięki nim we mnie wierzyć będą.
Przekazałem chwałę Twą tym, których mi dałeś,
By poznali, że ich jak mnie umiłowałeś.
Tekst do chorału - "Christus, der selig macht"
z Pasji według św. Jana - J. S. Bacha
Warszawa, 23. 02. 2005.
powrót na górę strony
W czym jeszcze?
W tym, co jednakie,
co niezmienne, co trwałe,
w tym, co jak śniegu płatki pierwsze
nagłe i niebywałe,
w tym, co szukania szuka,
do serca co puka i czekania czeka,
co widzi z daleka jaśniej
to co duże i nie mniej co małe,
w tym, co zmienne, co inne,
co najzmyślniej niestałe,
co pierwsze, co ostatnie,
co biedne, co dostatnie
i w czym jeszcze Cię kocham
któż zgadnie?
Mojej Magdzie
Warszawa, 14. 02. 2005.
powrót na górę strony
Półroczna
Wzrusza się ze wzruszenia,
wzrusza się z zasmucenia,
że nie wszystko się dobrze i pięknie udaje.
Potem kuca o świcie
i tobołek obficie niczym serce ufnością
kanapkami napełnia.
Nim pełnia do łóżka jasne słońce ułoży,
swe usta na komórce najczulej złoży.
Zrobi potem zakupy,
przerwie granie, bym zupy zjadł choć trochę,
nim wrócę do swych zajęć tak ważnych.
Potem będzie prasować, ulubione układać,
czule szczotki do zębów mej końcówkę drapać.
A na koniec poczyta, o me smutki zapyta,
zegnie święcie kolana i już potem do rana
myśleć będzie zaspana, czy mi rano dać jabłko,
czy też raczej banana.
Bo na męża korzonki nic nad gorliwość Żonki!
Kocham Cię, Magduś!
Mojej Półrocznej Żonce
Warszawa, 7. 02. 2005.
powrót na górę strony
Ojciec
Milczy.
Coraz częściej milczy.
A gdy mówi,
to niewiele już można zrozumieć,
choć tak dużo ma do powiedzenia.
Nie słyszy
i nie rozumie go ten,
kto z milczenia czytać nie umie.
Słabość jest kontrastem tak silnym
wobec mocy słów, mocy ramion, mocy spojrzenia...
"Musicie od siebie wymagać!"
Wymaga...
Milczeniu towarzyszyć może tylko cisza
i ból wzruszający do głębi,
jak nieba szlochanie spływające zdrojami
po zboczach góry Moria.
Jakże wiele nas nauczył
Teraz coraz częściej milczy,
ucząc nas towarzyszenia
i ciszy...
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
Umiłował Cię,
Najświętsza Matko.
Umiłował Cię,
nasz Święty Ojciec.
Mojej 31-miesięcznej Dziewczynie
Warszawa, 26. 01. 2005.
powrót na górę strony
Taki tam
Takie zwykłe i proste,
takie znane, nieostre,
pełne smaku i wdzięku
słowa usta dziś niosą.
Wąską szosą, bez lęku,
poprzez jasność i cienie,
drepcze sobie miłosne wejrzenie.
Czubeczkowi
Mojej 5-miesięcznej Żonie
Warszawa, 7. 01. 2005.
powrót na górę strony
|