|
Baran
Wiedziałeś,
że choć zawile,
to mówię sprawy jasne i proste,
niewygodne
i nie pasujące do uszu bardziej ciasnych niż brama.
(Rozum zwiedziony życiem,
kierunkiem nauczania,
rodzi stereotyp
i zdolność słyszenia prawd jednostronnych.
Słyszałeś obie...
Mam pewność.)
Rozumiałeś,
że się nie mylę,
że dowodzę słuszności,
którą sam się kierujesz.
Owce wiodłeś inaczej...
Nie twierdzę, że poszły za Tobą.
Wygodny był Ci kierunek, które same obrały.
Wygodnie więc było milczeć,
pozwolić, by poszły,
nie chcąc słuchać już tego,
co się zagubi niebawem.
I tak też się stało...
Zdaje się, że nikt nie zauważył,
że drużyna mniejsza.
Zdaje się, że nikt nie zawołał:
"Co się znów tak ociągasz?!"
Zwartym szeregiem,
ku chwale Stwórcy,
ryszyły dalej podbijać pastwiska.
Zostałem,
sam jeden,
w krzakach,
z sercem jak rogi boleśnie skręconym...
...
Z żalem i złością,
wbija się ziemia twarda w kopyta.
Drży cała, choć milczy,
gdy brawa biją przegranym.
Z nieznanych stron słychać tętent,
to kroki dzikich i niepokornych,
czarnych i upartych,
tych co się nie boją
beczeć w stadzie inaczej.
Ich też ktoś kiedyś zwiódł
bajką o dobrym pastrzerzu.
Warszawa, 16. 12. 2007.
powrót na górę strony
Żarty z pogrzebu
"Tsunami to kolejne,
ostatnie tchnienie Wiecznie Nieobecnego,
to samobójczy gol Opatrzności
świadomej swego nieistnienia."
Cierpienie wynikłe z wolności
wygrywa tę próbę niewiary.
Cierpienie zrodzone z żywiołów...
Przegrywa?
Afirmacja świata
nie jest zjawiskiem wiecznym.
Dopóki historyczne
różne jest od zmartwychwstałego
- nie jest.
Umierające dziecko
różni się od starca
jedynie wiekiem.
A czas nie ma znaczenia
z perspektywy wieczności.
Dlatego oskarżeniem wobec Boga
nie jest takie, czy inne Tsunami,
ale zawsze i wszędzie
bez względu na formę,
bez względu na czas
- śmierć...
i nic więcej.
Dopóki lew zjada koźlęta,
afirmacja świata ma swoje granice.
Jest więc skończona,
niepełna,
niedoskonała.
Ten świat wymknął się Opatrzności.
Bóg nie uczynił historii,
choć ciągle jest w niej obecny.
Historia jest dzieckiem zdrady,
wieczność - to Jego córa.
Któż zdradził?
Któż więc jest ojcem śmierci?
Kogóż więc oskarżać nam trzeba?
Bogu niech będą dzięki,
że zsąpił do piekieł...
Warszawa, 2. 10. 2007.
powrót na górę strony
Posuń się!
No po prostu...
Piti i Funia,
Gapcio i Furfel,
Furfuncel i Żaba,
Niulek i Uszy,
Andrzej, Dupeczka,
Frędzel i F...
S... i Mongi,
Paszcza i Brzucho,
Ślicznotka i T...
Koleś i Łysek...
i kilka innych,
jak Mama.
W pierwszą rocznicę urodzin Małgosi
Warszawa, 2. 07. 2007.
powrót na górę strony
Piąty rok za rękę
Stuletnie drzewo jest świadkiem.
Widziało, zna
i tajemnic początku nie kryje przed słońcem.
Wybór zrodził kształt,
nadał smak wyrazisty,
konkretny,
szeroki,
przejrzysty jak strumień,
co krętym biegiem do pewnego celu kieruje ufne wody.
I zaplątały się nasze dłonie
i ciała,
i myśli,
i słowa,
i Twoim już jestem po życia mego wieki.
Mojej 60-cio miesięcznej Dziewczynie
Warszawa, 26. 06. 2007.
powrót na górę strony
Bez pożegnania
W krzywej wieży fajni ludzie o fajnych rzeczach fajne prowadzą rozmowy.
Wieża o krzyż oparta i stułą kamienie związane.
Pod krzyżem zezowaty.
Głowę zadziera w górę i sepleni w sercu,
nieczysto i nierówno,
że nie tak...
i że miejsca na nowo - jak kulawy - szuka.
Trzy lata doglądałem kwiatów.
Przyszedł.
Bez słowa, patrząc w oczy zorał ziemię
i posadził piękniejsze
(nikt nie powiedział, że takie nie były).
Zbolałe serce zdawało się pytać,
czy prawdziwie kocham kwiaty,
nie ciesząc się, że choć z innej ręki,
to piękna i woni miłej im (jak nie mówią) przybywa?
A rozum mi szepcze: na cóż kwiaty,
gdy ich wdzięk szacunku do ogrodników nie wzbudza?
Złotopióry orzeł wykręca słowa zręcznie na stronę zawsze właściwą.
I płynie opowieść fajna
i fajnie fajnym ludziom tej fajnej opowieści się słucha.
I nikt nie pyta, czy naprawdę właściwa.
I głosi pięknym śpiewem pochwałę dociekań ten,
co nie lubi, gdy mu stawiam pytania,
nie fajne zapewne.
Chce być sobą,
choć za bycie sobą serce mi heblem obrabiał.
Namawia do sadzenia lasu i drzewa z papieru wyśmiewa.
A ja widzę młodzieńca proszącego o las
i jak mu się papierem usta zamyka.
Dlaczego rzeźbiarz się malarstwem zajmuje,
wpajając malarzom rzeźbiarskie zasady?
Sypało z nieba solą w oczy.
Sól - powiedział inny.
Przestała być solą,
gdy mu powiedziałem, że tak sypie z nieba.
Zapewne pomyślał,
że złota
i że nie tak bardzo szczypie.
Jest blask,
co grzmoty wzbudza.
A ludzie nie lubią burzy.
Wolą blask latarni
i fajnego latarnika, co światło kieruje, gdzie zechce.
I tam właśnie kieruje.
I jest fajnie.
Inny mawiał, bym nie chciał by w wieży miało być mi fajnie.
Lecz często w niej gościł i nie lubił, gdy wspominałem,
że ciągle jest krzywa.
Któż jedności przeczy:
Czy kulawy, co w wieży długo ustać nie może,
więc odchodzi by szukać miejsca bardziej prostego,
czy ten, co mu starcza, że w wieży jest fajnie?
Zezowaty nie może ufać swoim oczom.
Lecz czy ufać ludziom,
co o fajnych rzeczach nie seplenią bynajmniej?
Latarnik czasem kieruje światło na krzyż.
Ten jest zawsze prosty.
Choć pewności nie ma,
czy nie o wieżę oparty.
Ostrołęka-Warszawa, 09-10. 04. 2007.
powrót na górę strony
Jedność
To jedno zaburzenie jedności u źródeł
nosi w sobie błogosławione znamiona.
Odpoznany w oczach własnych jako ten,
co ma wartość i moc nadawania imion
odkrywa, że jest sam, że jest inny.
Tak zasypia, pełen godności i smutku.
Budzi go ból serca, co żebra rozrywa
i samotność większa, niźli była pierwotnie.
Inność już nie wypełnia znaczeń samotności -
- w rozdartym sercu zagościła tęsknota.
Zatęsknił za ciałem podobnym do jego,
za ową pomocą w byciu tym, kim miał być - obrazem.
Zatęsknił za jednością już nie w sobie samym,
ale za jednością pomiędzy...
...
I wzruszył się, widząc jak bardzo jest inna.
Mojej Magdzie i Małgosi,
Warszawa, 08.03.2007.
powrót na górę strony
|